Powrót do strony głównej
Ostania aktualizacja 2012-02-12 Polski Englisch Русский
Katalog R75 i KS 750
  Katalog BMW R75
  Katalog ZÜNDAPP KS 750
  Katalog ZÜNDAPP KS 600
 
 
Tunezja - UNIMOG U 1300L
  Dlaczego Unimog?
  Viersen/Zurych/Genua/Tunis.
  Tunezja północna
  Tunezja środkowa
  Na południe Tunezji
  Sahara piaszczysta
  Sahara skalista
  Powrót do piaskownicy
  Tunezja centralna
  Powrót do Tunisu
  Video relacja
 
 
INFORMACJE TECHNICZNE
  Łożyskowanie główki ramy KS750
  Łożyska główki ramy- Steuer.
  Układ zasilania
  Gaźnik-Vergaser R75-regulacja
  Oferta-tropem kłamstwa
  Tendencje rynkowe
  Kolektor wydechowy KS 750
  Kolektor wydechowy BMW R75
  Zbiornik paliwa
  Iskrownik-Magneto Noris ZGa2
  Top Magneto Noris ZGa2
  Wał korbowy-Kurbelwelle KS 750
  Układ hamulcowy - Bremse
  UWAGA! Kupujesz weterana?
  Tachometer
  Wirbelluftfilter
  Luftfilter BMW R75
  Prądnica-Lichtmaschine
 
 
Serwis-usługi
  Szkiełkowanie
  Spawanie aluminium
  Wały korbowe
 
 
Zündapp KS 750 i BMW R75
  Historia Zündapp KS 750
  Historia BMW R 75
  Historia BMW R75 cz.II
  Jak lakierowano...
  Notek
  Mój Zündapp KS 750
 
 
Podróże
  Deszczowe Pireneje
  Australia 2006
  Islandia
  Zimą przez Norwegię
  Pireneje 2005 cz.1
  Pireneje 2005 cz.2
 
 
Galeria
 
 
Literatura
 
 
Filmy
 
 
Linki
 
 
Kontakt
 
 
Akcesoria motocyklowe
Sklep internetowy z akcesoriami motocyklowymi
 

 

 

Tadeusz Pawlak  

Tunezja centralna

     Wyruszamy o 9 rano. Jak na nasze zwyczaje,  jest to dość wczesna pora. Nad ranem wiatr uspokoił sie trochę. Około 50 kilometrów jedziemy przez Chott do miejscowości Lagtab, gdzie odbijamy w kierunku wschodnim. W następnej miejscowości skręcamy w lewo aby później nie utwardzoną drogą pokonać pasmo wzniesień Col Haddege. Na kolejnym rozwidleniu zamiast pojechać w lewo skręciłem, według wskazań Petera, w prawo. W pewnym momencie droga kończy się przy bramie do rezerwatu lub parku narodowego. Decydujemy sie skręcić w prawo na poprzecznej asfaltowej drodze wiodącej wzdłuż rezerwatu. Na naszej mapie GPS droga ta nie jest zaznaczona ale kierunek sugeruje, że zbliżymy się do zaplanowanej trasy. Asfalt kończy się. Droga staje sie kamienista i wyboista ale cały czas biegnie wzdłuż płotu, którym ogrodzony jest rezerwat. W pewnej chwili plot skręca w lewo a droga idzie dalej prosto, czyli w kierunku, gdzie nie chcemy jechać. Skręcamy także w lewo i dalej wzdłuż płotu. Po około 10 kilometrach terenowej jazdy w oddali widzimy asfaltowa wstęgę drogi, którą  chcemy przejechać przez góry.

     Hurra, wykrzykuje każdy z nas w swoim języku. Po około 500 metrach będziemy na drodze, która już od prawie dwóch godzin jest naszym celem. Niestety. Tam gdzie kończy sie płot, kończy się także możliwość dalszej jazdy  do przodu.
     Na naszej drodze napotykamy przeszkodę. To koryto wyschniętej  rzeki. Szerokie na dwadzieścia metrów i o brzegach wysokich na trzy do czterech metrów. Tędy nie przejedziemy. Wysiadamy z samochodu i próbujemy znaleźć jakąś możliwość, którą sprawi, że będziemy mogli przedostać się na drugi brzeg. Nasze marzenie jednak nie może być spełnione. Przejazd na drugą stronę jest niemożliwy. Koniec, kropka.
     Zawracamy i po własnych śladach kierujemy sie do punktu, w którym pobłądziliśmy. Konieczność powrotu zbytnie nas nie martw, bo teraz spokojnie możemy  podziwiać krajobraz. Czynimy także inne obserwacje. Od strony asfaltowej drogi jest podwójne ogrodzenie i składa się ono z umieszczonego bliżej drogi zasieku z drutu kolczastego a w odległości metra od niego w głąb  płotu siatkowego. Tak jest można powiedzieć od frontu. Na tyłach zaś, gdzie biegnie wzdłuż jaru czy też wąwozu, płot wykonany jest z tylko zawieszonego na słupach drutu kolczastego.
     Jaką rolę tutaj spełniał płot nie jesteśmy w stanie odgadnąć. Na pewno jest zbiornicą materiałów dla tutejszych mieszkańców. W wiejskim gospodarstwie na pewno przydaje się siatka ogrodzeniowa, kątowniki czy zbrojone słupy mogące służyć np. za nadproża.  
     W miejscu gdzie znajduje się brama do rezerwatu, tym razem jedziemy prosto i już po pięciu minutach znajdujemy sie na drodze prowadzącej przez góry. Odprężeni  postanawiamy przygotować sobie obiad. Głównym i jedynym daniem będzie spaghetti. Rozpalam nasz kocherek i  wokół niego buduję z kamieni osłonę przeciwwiatrową.
 
     Asfaltowa droga wije się pośród gór, i wszystko wskazuje, że będziemy mogli nią jechać dalej. Po kilku zakrętach asfalt jednak się kończy i droga przechodzi w wąską, ostro pnącą się do góry dróżkę.
Momentami przejeżdżamy tuż przy krawędzi drogi, która jest tylko z lekka umocniona kamieniami. Jesteśmy zadowoleni, gdy ten odcinek kończy się a my znajdujemy się  wśród, ciągnących się całymi kilometrami, uprawami oliwek.
     Zaciszne miejsce na nocleg znajdujemy na dnie niemal zupełnie wyschniętej rzeki. Noc mija spokojnie, ale rano, już o 7.00 budzi nas hałas przejeżdżającego obok samochodu. Olbrzymia Skania zatrzymuje się niedaleko. Kierowca wysiada i zapewne czeka na koparko-ładowarkę, bowiem jest tu miejsce czerpania piasku na potrzeby budowlane. Nie upływa pięć minut jak i ona się pojawia, i natychmiast przystępuje do załadowania wywrotki. 
     Dokonujemy szybkiej toalety i w drogę. Nie przejmujemy sie zbytnio tak wczesną pobudką. Po prostu dziś będzie dłuższy dzień. Te dodatkowe godziny pozwalają nam podróżować wyjątkowo wolniej. Naszym celem jest dotrzeć do położonej na wybrzeżu, poniżej Tunisu, miejscowości Nabeul. Ostatnie dni naszej wyprawy postanawiamy poświęcić na poznanie kilku interesujących miejscowości znajdujących się na półwyspie.
     Udajemy się na północ i staramy się się ominąć szerokim łukiem dość duże miasto Kairouan. Droga, którą teraz jedziemy jest przez wiele kilometrów, niewyobrażalnie nudna . Najczęściej są to długie na 10-15 kilometrów proste odcinki, gdzie po prawej i lewej stronie ciągną się jak okiem sięgnąć, po horyzont, plantacje oliwek. Trochę urozmaicenia wnoszą, rosnące w wielu miejscach wzdłuż drogi kaktusy (to są chyba opuncje, nie znam sie na roślinach. Po powrocie będę musiał skonsultować to z moją żoną Jolantą). Kaktusy spełniają podwójną rolę. Rosnąc w gęstym szpalerze tworzą niełatwy do sforsowania płot a ponadto stanowią osłonę od wiatru.
     Wjeżdżamy do miejscowości, która musi być centrum handlu papryką. Z różnych kierunków nadciągają samochody załadowane nieprawdopodobną ilością tych warzyw.
     W Nabeul jedziemy wąskimi uliczkami. Wokół toczy sie intensywne życie. Peter, mimo że skupiony na prowadzeniu samochodu, kątem oka dostrzega  sklep z artykułami metalowymi. Szybko parkuje     i idzie zapytać, czy może mają gaz w kartuszach i odpowiedni palnik. Po 10 minutach mamy palnik i 5 pojemników z gazem. Interesujący jest sam sposób dokonania zakupu. Oto relacja Petera:
„ Camping gaz?
Reakcja sprzedawcy ogranicza sie do potaknięcia głową i wyartykułowania słowa gaz.
- Gaz kartusz? - pytam ja.
- Qui - odpowiada sprzedawca.
- Gaz? Kartusz? Komplet? – chcę zyskać pewność.
Sprzedawca pokazuje mi ładną lampę lutowniczą ale z niebieskim pojemnikiem na gaz (kartusz).        
- No! - stwierdzam  i czyniąc dłońmi przedziwne wygibasy usiłuję zobrazować czynności  gotowania      
 i jedzenia
Zostało to właściwie zrozumiane i oto przede mną stoi palnik turystyczny, całkiem starannie wykonany, oraz 5 pojemników z gazem”.
 
      Od tej chwili będziemy mogli znowu gotować potrawy wewnątrz Unimoga i będzie nam obojętne, że na zewnątrz wieje wiatr. Krótko przed miejscowością Korba, bezpośrednio przy plaży, znaleźliśmy bardzo dobre miejsce na nocleg.
     Rankiem, budząc się, słyszę odgłosy mocno wiejącego wiatru. Wyglądam przez okienko. Niebo jest zaciągnięte po horyzont a białe, grzywiaste fale z wściekłością rozbijają sie o przybrzeżne skały. Nie jest to pogoda zachęcająca do dłuższego pozostawania nad morzem.
Szybko zjadamy małe śniadanie  (w moim przypadku to kubek gorącej herbaty). Na szczęście wewnątrz naszego Unimoga jest o wiele przyjemniej niż na dworze.
     Ruszamy w kierunku miejscowości Kelibia. Na wysokim wzgórzu, w czasach sięgających początków naszej ery, zbudowano tam twierdzę. Swego czasu była uważana za największą muzułmańską twierdzę na terenie Tunezji. Teraz pozostały tylko szczątki budowli, poza tym złe wrażenia sprawie panujący wokół ruin nieporządek. Natomiast zachwycają roztaczające się widoki, zwłaszcza te w stronę morza. W pogodny dzień, podobno,  z murów twierdzy można zobaczyć brzegi Sycylii.
     Spoglądając z góry w kierunku morza dostrzegliśmy położone niżej resztki instalacji, które musiały, według naszego mniemania, być zbudowane jeszcze przez oddziały Afrika-Korps. Jest to stanowisko obrony przeciwlotniczej. Peter złośliwie nazwał to miejsce reliktem niemieckiej sztuki budowlanej  z połowy XX wieku.
     Kelibia jest w zasadzie przyjemną miejscowością. Jednak poszukiwanie campingu zmusiło  nas do pokręcenie się po okolicy. Byliśmy w dzielnicy, gdzie  znajdowały się naprawdę bardzo ładne domy, ale wrażenie to pryskało w momencie, gdy zobaczyliśmy tyły domostw. Zalegały tam góry śmieci.  Podobne zaśmiecenie, (zaśmiecenie, to w zasadzie za mało powiedziane, bo to są całe pokłady plastikowych butelek i pojemników, foliowych worków i różnych odpadów z tworzyw sztucznych)   występuje przy wylotach praktycznie  wszystkich miejscowości. Obojętnie czy jest to mała wioseczka czy większe  osiedle. Pod tym względem Tunezyjczycy maja jeszcze wiele do nadrobienia.
     Późnym popołudniem zaczął padać deszcz. Zmusiło nas to do żwawszego poszukania miejsca na nocleg. Znaleźliśmy takowe na restauracyjnym parkingu w pobliżu znanego z grot skalnych miasteczka El Houaria. Do snu ukołysała nas pieśń deszczu bębniącego o dach.
     Poranek zaskakuje nas przepiękną pogodą. Słonce uśmiecha się do nas pełna gębą. Jedziemy kilka kilometrów i widzimy znaczną ilość siłowni wiatrowych. Są rozmieszczone na pobliskich wzgórzach, wzdłuż wybrzeża.
     Zjeżdżamy w stronę brzegu. Przed nami znajduje bardzo ładnie położona i do tego czysta plaża. Uznajemy, że jest to znakomite miejsce by zatrzymać się i zmarnotrawić trochę czasu. W oddali widzimy dwie wyspy. Jedna, ta duża nazywa się Ile Zembra a mała Ile Zembretta.
Odprężamy  się  w pełnym słońcu  i z przyjemnością pozostajemy na plaży  do wczesnego popołudnia.
Współrzędne tego miejsca:        N 37o03.041        E 10o56.525
     Wracamy do El Houaria. Udajemy się do banku aby wymienić nieco euro na dinary, których powoli zaczęło nam brakować. 
     Obieramy kierunek południowy i powoli toczymy się aż do miejsca, gdzie znajdujemy skrót,  który zaprowadzi nas do wybrzeża. Musimy jechać wąska dróżką wijącą sie między plantacjami pomarańczy i mandarynek.
Po obu stronach droga obsadzona jest wielkimi, gęstymi i splątanymi opuncjami albo  niewysokimi drzewami tworzącymi bardzo zwarty żywopłot. Aby móc się jechać zmuszeni jesteśmy złożyć lusterka.
 
Docieramy do bramy i tu kończy się nasz jazda. Dobrze, że niewielki placyk przed ramą umożliwia zawrócenie.  Tak wiec skrót wydłużył naszą podróż.
     Po pewnym czasie znajdujemy właściwy skrót i docieramy do wąskiej asfaltowej drożyny wijącej się wzdłuż wybrzeża. Widzimy niewielki cypel nadający się znakomicie na obozowisko. Zapada zmierzch i przygotowujemy kolację, którą mamy zamierzamy zjeść na zewnątrz. Nagle zauważamy, że z położonej w dole wioski wyjeżdża auto. Wyraźnie kieruje sie w naszą stroną a po kilku minutach jest juz przy nas. Z wozu wysiada policjant. Po tradycyjnym przywitaniu sie przez podanie dłoni wygłasza kilka zdań po francusku. W pierwszym momencie mamy wrażenie, że biwakowanie tutaj jest zabronione ale po chwili,  używając łamanej angielszczyzny, miejscowy stróż prawa wyjaśnia nam, że nie ma żadnego problemu a on przyjechał tylko sprawdzić, czy wszystko u nas wszystko w porządku. Uprzedza nas też, że „ktoś może rzucać kamienie”. Zostawia nam numer telefonu bezpośrednio do siebie i życząc dobrej nocy znika kierując się do wsi.
     O godzinie 20:00 jest jeszcze 17°C. Siedzimy na zewnątrz w fotelach. Patrząc  na zatokę i położony po jej drugiej stronie Tunis podziwiamy przepiękny widok. Od 21.00 przez dwie godziny obserwujemy, korzystając z lornetek, połów ryb. Łowiący stosują całkiem nową (dla nas) metodę. Trójka młodych ludzi wyposażona w lampę o bardzo silnym świetle marki „Petromax” brodzi w odległości 100-150 metrów od brzegu i wypatruje ryb. Jeden z nich ma dłoni coś co przypomina krótki oszczep. Od czasu do czasu ciskają go do wody. Według naszej oceny co siódma próba kończy się powodzeniem i na końcu narzędzia pojawia sie zazwyczaj dość duża ryba. Po przejściu około półtora kilometra w siatce niesionej przez jednego z chłopców jest około 10 ryb.
 
Nasze campowisko z widokiem na Tuniską Zatokę.
  TP